Jak to jest z tymi uzdrowieniami?

W baśniach autorzy opisują następującą sytuację:
Bohater lub bohaterka jest śmiertelnie chora i jej bliska osoba
wyrusza w długą, pełną niebezpieczeństw podróż po to, by
znaleźć „cudowną roślinę”, która pozwoli na uleczenie
dolegliwości. Gdy piękny rycerz znajdzie już ją, to cudowny napar
działa od razu i obłożnie chory lub chora wstaje na równe nogi.
Przedmiot uzdrawiający może być inne, niż cudowne ziele
(pocałunek, pierścień), ale na potrzeby tego tekstu skupmy się
właśnie na „kwiecie paproci”.

Podobny motyw pojawia się też w książce „Apteka Pana Boga”
Marii Treben i książkach Ojca Klimuszko. W tej pierwszej czytamy o
wielu cudownych uzdrowieniach, które w świetle medycyny są
nierealne. A to pacjent z rakiem krtani odzyskuje głos po tygodniu
picia herbatki ze ślazu, a to kąpiel w skrzypie sprawia, że
pacjent normalnienie i nie musi iść do zakładu psychiatrycznego, a
to kuracja z ziół szwedzkich stawia na nogi pacjentkę, która 15
lat nie wstawała z wózka. Trudno nie doszukać się analogii między
baśniami, a tymi opowieściami. Podobnie ojciec Klimuszko zapewnia,
że gdy skręcił nogę i przewiązał ją widłakiem, opuchlizna
natychmiast ustąpiła.

Niestety, ale nigdy nie byłem świadkiem takiego cudownego
uzdrowienia, jak to opisują autorzy. Jak to jest, że w takich
książkach zioła działają jak ręką odjął, aż sami lekarze są
w nich zaskoczeni, a używa ich coraz mniej osób?
Może nie są to już te same zioła, co kiedyś? Być może zioła
stały się słabsze, bo środowisko jest zanieczyszczone i już nie
działają przez to szybciej niż pyralgina? Nie, środowisko nie
wszędzie uległo skażeniu i zioła mają się na wsiach tak samo
dobrze, co sto lat temu. Ponadto poznaliśmy je nieco lepiej niż w
zamierzchłych czasach i nawet wyhodowaliśmy gatunki, które mają
więcej substancji aktywnych. Zioła powinny zatem pomagać jeszcze
szybciej.

Może chodzi o to, że nie zioła, a ludzie się zmienili? W
czasach, gdy pisano tamte książki ludzie nie mieli pojęcia o
medycynie, dlatego osoba, która potrafiła zaaplikować terapię
ziołami, była traktowana tak, jak dziś lekarz. Przeczytamy o tym
chociażby w powieści Tadeusza Dołęgi Mostowicza pod tytułem
Znachor.

Znacznie większe są teraz oczekiwania odnośnie do terapii.
Zioła są skuteczne, ale wtedy, gdy mamy czas je stosować i gdy
jeszcze nie jest na nie za późno. Kto dziś ma czas na popijanie
herbatki z korzenia prawoślazu, gdy może wyleczyć się za pomocą
tabletki do ssania, która działa znacznie szybciej i mocniej. Nie
musimy też naiwnie wierzyć w to, że dany lek lub zioło nam pomoże
– mamy do wyboru też inne metody leczenia.

Z drugiej strony jest malejąca liczba osób, które są niechętne
w stosunku do lekarzy i to one najczęściej zajmują się leczeniem
ziołami. Czy mogą one uzyskać błyskawiczne wyniki, takie jak w
książce Marii Treben? Moim zdaniem nie jest to możliwe. Przypadki
takie, jak opisuje autorka należy traktować z przymrużeniem oka
(co nie jest łatwe, gdy chorujemy). Pamiętajmy o tym, że przypadki
cudownego wyleczenia poważnych chorób są bardzo rzadkie i nawet,
jeśli są prawdziwe, mogą wynikać ze statystyki. Co więcej, takie
wyleczenie wzbudza sensację i ludzie zaczynają uważać, że dane
zioło będzie skuteczne w przypadku ich choroby, co nie musi być
prawdą.
Kolejną kwestią jest to, że przy braku opieki medycznej nawet
najmniejsza ulga byłą wyraźnie odczuwalna przez pacjenta, który
mógł wrócić do pracy, dziękując swojemu zbawicielowi. W
świecie, gdzie tabletki przeciwbólowe kupimy w każdym kiosku, ulga
po użyciu ziół jest znacznie mniej odczuwalna.

W tym tekście chciałem pokazać, że pokładając nadzieję w
starych tekstach, możemy się srodze rozczarować i igrać ze swoim
życiem. Jeśli chcemy rozszerzać swoją wiedzę o zdrowiu,
wybierajmy książki pisane niedawno, których autorzy mają coś
wspólnego z medycyną.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...